czwartek, 18 lutego 2010

Czy leci z nami tłumacz?
o zawodzie tłumacza konferencyjnego rozmawiamy
z Panią Utą Hrehorowic
z

Czy zastanawiali się kiedyś Państwo, jak wygląda praca tłumacza konferencyjnego i jakich cech nie może zabraknąć tym, którzy wykonują ten zawód? Zawód tłumacza konferencyjnego to niewątpliwie jeden najbardziej stresujących, ale i najciekawszych zawodów świata. O dużej adrenalinie, motylach w brzuchu i nietypowych komplementach i rozmawiamy z Panią Utą Hrehorowicz – doświadczoną tłumaczką i wykładowcą akademickim.


VIVALANG: Kto nadaje się na dobrego tłumacza konferencyjnego, jakie trzeba mieć predyspozycje, aby wykonywać ten zawód?

Uta Hrehorowicz: Pomijam znajomość języków, z których lub na które się tłumaczy - to zbyt oczywiste. Chociaż warto tu wspomnieć, że bardzo często zaniedbywany jest język ojczysty, bo wydaje nam się, że to „dobrodziejstwo inwentarza” nie wymaga pielęgnacji.

Istotny jest – moim zdaniem – stres pozytywny. Innymi słowy taki stres, pod wpływem którego, albo raczej dzięki któremu, dokonujemy rzeczy, o które nie pokusilibyśmy się w sytuacji tak zwanej normalnej. To polega na niezwykłej mobilizacji i umiejętności odsunięcia się od własnego ja; na przetworzeniu zdenerwowania na energię. To byłaby predyspozycja najistotniejsza.

Ważna jest też ciekawość świata, bo to pomaga w budowaniu obszernej wiedzy.

Kolejną cechą istotną jest umiejętność równoczesnego postrzegania wszystkich sygnałów, jakie dobiegają z zewnątrz (czasem i z wewnątrz) i natychmiastowego przetwarzania tych sygnałów. Czyli duża podzielność uwagi i zdolność do wykorzystania tych wszystkich informacji, niekoniecznie ściśle związanych z samą czynnością tłumaczenia.

Jest wiele innych cech, które należałoby wymienić, choćby elegancja w sposobie bycia; nie wysuwanie się na pierwszy plan (tłumacze miewają do tego predyspozycję) i tym podobne, ale nie wiem, czy warto się nad tym rozwodzić, bowiem można się tego nauczyć lub wyuczyć. Zresztą znakomitą większość cech potrzebnych tłumaczowi można zyskać droga treningu.

W konkluzji jedynym rysem wrodzonym pozostaje ów stres pozytywny, który wydaje się być niewyuczalny, aczkolwiek nie wiem, co na to powiedziałby psycholog. Zapewne tego też można się nauczyć.


VIVALANG: No właśnie stres… Tłumaczenie symultaniczne (konferencyjne) porównuje się czasem pod względem ilości stresu, jaki ze sobą niesie, do pilotowania samolotu lub nawet rakiety, czy rzeczywiście tak jest i jak tłumacze sobie z tym radzą?

U.H.: To amerykańscy uczeni (jak zwykle...) przeprowadzili badania i uplasowali tłumaczy symultanicznych na trzecim miejscu. Istotnie, potrzebna jest umiejętność przeprowadzenia błyskawicznej analizy i syntezy, również błyskawicznej reakcji na popełniony błąd (chociaż w przeciwieństwie do pilota - nam błąd nie grozi śmiercią, najwyżej utratą dobrego imienia, ale na to trzeba znacznie więcej błędów, niż tylko jeden i nadto ktoś je musi zauważyć!).

Trudno powiedzieć, jak sobie z tym radzimy, myślę, że każdy z nas stosuje specyficzne, indywidualne strategie. Mamy całą panoplię sposobów na natychmiastowe skorygowanie ewentualnych „zboczeń z kursu”. Wyczerpująca odpowiedź na to pytanie mogłaby dać asumpt do artykułu naukowego. A jak radzimy sobie ze stresem? Tak jak wcześniej powiedziałam – nasz stres jest pozytywny. Podobnie jak pilot czy kosmonauta – uwielbiamy ten stres. Motyle w brzuchu.


VIVALANG: Tłumaczenie podczas konferencji to zajęcie, w które nieodłącznie wpisany jest element nieprzewidywalności i każdy z tłumaczy spotyka się z trudnymi, wymagającymi szybkiej reakcji tzw. awaryjnymi sytuacjami. Czy w Pani dotychczasowej karierze tłumacza konferencyjnego zdarzyła się sytuacja, którą Pani szczególnie zapamiętała?

U.H.: Ba, tu już wkraczamy w obszar anegdoty. Mogłabym o tym napisać powieść - rzekę albo zacząć się rozwodzić nad rolą tłumacza - mediatora, tłumacza - psychoterapeuty, tłumacza - negocjatora, tłumacza - mistyfikatora (o tak, są sytuacje, kiedy tłumacz wie lepiej, że czegoś przetłumaczyć nie wolno, albo przetłumaczyć trzeba troszeczkę inaczej), tłumacza - stymulatora, tłumacza - aktora, tłumacza - wodzireja, tłumacza - poety, tłumacza – improwizatora, tłumacza - kontrolera sytuacji nieprzewidywalnych – i tak dalej. A kiedy zdarza się, że mówca popełnił ewidentny błąd, na przykład twierdząc, że Chiny leżą w Australii, tłumacz musi natychmiast naprawić awarię, ale też podjąć przedtem decyzję: czy czasem niewiedza mówcy nie powinna być ujawniona…

Na pewno awaryjną okazała się sytuacja zaistniała na uroczystości wręczania Legii Honorowej Sławomirowi Mrożkowi 1 lipca 2003 roku. Georges Werler, wielki francuski reżyser teatralny i przyjaciel Mrożka, witał zgromadzonych gości. Posługiwał się przy tym listą osób zaproszonych i oczywiście nie wiedział, która z tych Bardzo Ważnych Osobistości przyjść nie raczyła. Ja wiedziałam, kogo nie widzę – i w trakcie tłumaczenia po prostu „wycinałam” taką czy inną ekscelencję, podjąwszy szybką decyzję po uprzedniej analizie (i syntezie) sytuacji.

Przyczyną innej anegdotycznej sytuacji stał się kiedyś Konstanty Gebert. Rzecz miała miejsce w szabas i okazało się, że nie wolno mu z powodów religijnych trzymać w ręce mikrofonu, a nie było do dyspozycji mikrofonów na stojakach. Tłumaczka musiała wyjść z kabiny i tłumaczyć konsekutywnie – jest to spory stres, kiedy nie jest się w danym momencie psychicznie przygotowanym na publiczne zabranie głosu z estrady. W kabinie jest się jednak trochę w ukryciu. Nawiasem mówiąc, właśnie dlatego zawsze trzeba przyzwoicie wyglądać.

Inna awaria miała miejsce we Francji, w trakcie nagrywania audycji radiowej idącej bezpośrednio w eter. Bohater audycji umówił się ze mną, że kiedy zechcę przejąć głos, dotknę go stopą. Chodziło też o to, żeby nie zmęczyć francuskich słuchaczy zbyt długą porcją języka polskiego (tłumacz – reżyser, dlaczego nie?). Siedzieliśmy naprzeciwko siebie, ale nie przewidzieliśmy, że radiowcy ustawią pod stolikiem aparaturę i kopanie się po łydkach przestało wchodzić w grę. Pozostał kontakt wzrokowy. Na szczęście zadziałał w stu procentach, dzięki wielkiej klasie bohatera audycji.

Szczególnie zapamiętałam też wielką konferencję, kiedy to koledzy w kabinie angielskiej nie rozumieli delegacji z Indii, natomiast ja w kabinie francuskiej rozumiałam ich znakomicie, bo moja angielszczyzna jest dokładnie na takim (niestety) poziomie. Zrobiliśmy wtedy szybkie przetasowanie kabin.

Zdarzyło się także kilkakrotnie, że organizatorzy nie przewidzieli dodatkowego języka – popłoch! Kto przetłumaczy nagle z rosyjskiego, albo z angielskiego czy niemieckiego na konferencji z założenia wyłącznie francuskojęzycznej. To były trudne decyzje – tłumaczyć z języka, którego oficjalnie nie ma się w swojej kombinacji, którego od lat się nie praktykuje albo nie praktykuje wcale... Jakoś się udało.

Zachodzi wreszcie, nazbyt często niestety, konieczność tworzenia własnego tekstu w kabinie. To wtedy, kiedy orator mówi od rzeczy albo z powodu akcentu jest niezrozumiały (Włoch przemawiający po francusku albo ktoś z Kanady mówiący mieszaniną francuszczyzny i angielszczyzny...). Nazbyt często zdarza się słyszeć tekst niezrozumiały, powody można by mnożyć. Wtedy trzeba mówić na temat i do rzeczy „z głowy” – tu właśnie przydaje się wiedza i znajomość tematu.

Na koniec ostateczność: wyłączenie mikrofonu. Jeśli na sesji poświęconej Gombrowiczowi wchodzi na mównicę kolejny gombrowiczolog, który chce uraczyć słuchaczy tekstem czytanym w tempie nie pozwalającym go zrozumieć nawet publiczności...bo on musi swoje 30 stron przeczytać w 10 minut! Mikrofony zostały wyłączone i nikt tego nie zauważył. Bo skoro nawet polska publiczność nie nadążała ze zrozumieniem, to tym bardziej obecni na sali cudzoziemcy nie włączyli swoich słuchawek, doskonale zdając sobie sprawę z tego, co się dzieje.


VIVALANG: Podpowiedzmy jeszcze naszym Klientom, co można zrobić, aby poziom adrenaliny towarzyszącej tłumaczom podczas konferencji pozostał na rozsądnym poziomie?

U.H.: Klienci często nie zdają sobie sprawy, że praca tłumacza nie ogranicza się do świadczenia w kabinie w samym dniu konferencji. Tłumacz przygotowuje się do tego zdarzenia jak do poważnego egzaminu, bowiem musi być doskonale obeznany merytorycznie z tematem. Musi też przygotować słownictwo, często bardzo specyficzne. Jednym słowem, samo świadczenie tłumacza poprzedzone jest kilkoma dniami wytężonej pracy. Dlatego Klient, któremu zależy na dobrym przebiegu konferencji, powinien zadbać o materiały konferencyjne wcześniej i udostępnić je tłumaczom. I nie w ostatniej chwili, kiedy wchodzimy do kabiny. Wtedy już jest trochę za późno. Klient działa w ten sposób na własną szkodę.

Podobnie ma się rzecz z listą uczestników konferencji. Ileż to razy w panice musieliśmy dosłownie „wydzierać" takie listy organizatorom, jakby to była tajemnica państwowa. A tymczasem Klientowi powinno zależeć, żeby tłumacze nie kaleczyli nazwisk i nie pomijali tytułów, aby nie urazić uczestników. Tu też Klient powinien pomyśleć u sukcesie własnej konferencji.

Wreszcie zdarza się, że w czasie jakiegoś ważnego zgromadzenia powstają dokumenty: deklaracje, oświadczenia, uchwały. Paradoksalnie – kserokopie rozdawane są zebranym, ale pomija się kabiny. Odczytywaną uchwalę musimy następnie tłumaczyć – w dodatku tłumaczyć tekst czytany, co jest bardzo trudnym wyzwaniem – o ileż łatwiej by nam było, gdyby nam dano możliwość zapoznania się z dokumentem.

Reasumując – Klient, który dba o nasz poziom adrenaliny, działa głównie na własną korzyść.


VIVALANG: Oprócz stresu i wysokiej dawki adrenaliny tłumaczenie konferencyjne to na pewno mnóstwo okazji do zdobywania wiedzy i ciekawych doświadczeń. Najciekawsze zlecenie w Pani dotychczasowej pracy to…

U.H.: To zabrzmi paradoksalnie, ale każde kolejne zlecenie jest dla mnie najciekawsze i stanowi nowe wyzwanie. Wszystko jedno, czy to będzie na temat najnowszej wersji Dyrektywy Maszynowej, czy kongres teologiczny o Miłosierdziu Bożym. Wszystkie były i wszystkie będą najciekawsze.

Może najbardziej spośród wspomnień powracają trzy. Pierwsze związane z ogromnym wyzwaniem intelektualnym – tłumaczenie wykładu jednego z największych filozofów XX wieku,-Jacques’a Derrida - na Uniwersytecie Jagiellońskim. Mówił o aporii przebaczenia przez 1,5 godziny i byłam w kabinie sama. Nie wierzyłam, że w ogóle zdołam to zrobić. Kiedy skończył mówić, myślałam, że wszystko dopiero ma się zacząć, to było takie „spłaszczenie czasu” jak po narkozie. Przez te minione półtorej godziny nie było mnie, był tylko mój mózg i mój aparat mowny.

Drugie i najprzyjemniejsze wspomnienie, to telefon od Krzysztofa Pendereckiego, który w 2000 roku odbierał w Cannes tytuł najwybitniejszego z żyjących kompozytorów i spytał, czy „zechcę Mu towarzyszyć”. I potem oczywiście pobyt w Cannes, uroczystości, na których tłumaczyłam i wywiady, o które prosili słynni dziennikarze, a także siłą rzeczy kontakt z naprawdę niezwykłymi ludźmi, bo jak cień musiałam (co za szczęście) chodzić za Maestro w różne miejsca, które jako osoba prywatna omijałabym szerokim łukiem z onieśmielenia.

Trzecie wspomnienie, o tyle bolesne, że obaj jego protagoniści nie już nie żyją, a są dla mnie Wielkimi Ludźmi, stanowi być może największe wyzwanie, jakiemu musiałam stawić czoła. To było tak zwane tłumaczenie „liaison” podczas kolacji. Jacek Kuroń i Bronisław Geremek, między którymi mnie usadzono, próbowali wytłumaczyć słynnym francuskim intelektualistom, czym jest polska specyfika. Jacek Kuroń mówił zawsze bardzo szybko, a tempo wzrastało w miarę – powiedzmy – rozwoju sytuacji. Geremek korygował wypowiedzi swojego przyjaciela, co od tłumacza wymagało podzielności uwagi. Kuroń – w tempie karabinu maszynowego – wplatał w swoją wypowiedź dowcipy, których zrozumienie wymagało dodatkowych wyjaśnień dla Francuzów. Czyli tłumacz (ja…) musiał mówić dwa razy szybciej, żeby na przykład zdążyć wyjaśnić dlaczego - kiedy już AK I hitlerowcy po raz kolejny odbili sobie wzajemnie leśniczówkę - przyjście leśniczego, który wszystkich rozgonił, jest naprawdę bardzo śmieszne.


VIVALANG: Z wykonywaniem zawodu tłumacza wiąże także prestiż i niejednokrotnie możliwość przebywania wśród osób znanych lub pełniących wysokie funkcje publiczne, choć zawsze w ich cieniu… Czy jednak praca tłumaczy bywa zauważana i doceniania?

U.H.: To pytanie ściśle wiąże się z tym przed chwila przywołanym najprzyjemniejszym wspomnieniem. Ale także z wieloma innymi okazjami, kiedy tłumaczyłam dla tak zwanych VIP-ów. Otóż ci właśnie ludzie, wbrew powszechnej opinii, są niesłychanie mili dla „personelu” (w końcu tłumacze nie są niczym innym), a to w sposób zupełnie naturalny. Wielcy ludzie nie muszą swojej wielkości podpierać zarozumialstwem. Miedzy innymi Jacques Derrida napisał do mnie potem prywatny list z podziękowaniami, który zachowuję prawie jak relikwię. A Penderecki parę lat po Cannes oświadczył w Radio France, że nagra z nimi audycję tylko pod warunkiem, że sprowadzą z Polski „jego tłumaczkę”. To są dowody docenienia nie wymagające komentarza. Ale też w gabinetach ministerialnych zawsze słyszy się przy pożegnaniu parę miłych słów na temat tłumaczenia. Albo dostaje się zaproszenie (prywatne) na uroczystość (oficjalną) w Belwederze tylko dlatego, że minister chciałby osobiście raz jeszcze wyrazić wdzięczność za tłumaczenia. Z Bardzo Ważnymi Osobistościami mam tylko bardzo dobre wspomnienia.

Natomiast chciałabym podkreślić z cała mocą, że brak podziękowań za tłumaczenie jest w moim mniemaniu KOMPLEMENTEM. Otóż oznacza to, że tłumacz był niezauważalny. Albo, mówiąc bardziej dosadnie – „nie dał ciała”. Jeśli organizatorzy albo uczestnicy zapominają podziękować tłumaczom, to jest rzeczą oczywistą, iż ci ostatni zapewnili komunikację komfortową i o to właśnie chodziło! Kiedyś brat Joachim ze zgromadzenia albertynów powiedział, że to niezwykłe, jak bardzo mnie „nie było”. Właśnie o to chodzi. Żebyśmy nie zapominali, że nasza rola jest służebna. Nasze ego i miłość własną możemy na pociechę karmić świadomością, że oni bez nas ani rusz!


VIVALANG: Jakie ciekawe wyzwania zawodowe przed Panią w najbliższym czasie?

U.H.: Nie wszystkie zamówienia są potwierdzone, więc nie czas o tym mówić. Ale, jak już powiedziałam, wszystkie są fascynujące i wyżej przywołane „motyle w brzuchu” sposobią się do lotu.


VIVALANG: Dziękujemy za rozmowę.

środa, 3 lutego 2010

10 powodów, dlaczego specjalizacja jest ważna w branży tłumaczeniowej
w dziale Ciekawostki przedstawiamy 10 powodów, dlaczego specjalizacja jest ważna w naszej branży


1. Sprawdzony zespół tłumaczy i weryfikatorów

Specjalizacja biura tłumaczeń w danej dziedzinie (np. prawo, finanse) pozwala na stworzenie stałego i sprawdzonego zespołu tłumaczy i weryfikatorów z odpowiednim dla danej dziedziny przygotowaniem merytorycznym i językowym. Znacznie ułatwia to również organizowanie wewnętrznych szkoleń oraz konsultacje merytoryczne w gronie stałego zespołu specjalistów.


2. Ustalona ścieżka projektu

Profesjonalne biuro tłumaczeń realizuje projekty zgodnie z określonymi procedurami. Specjalizacja w danej dziedzinie pozwala na dostosowanie procesów roboczych do obsługiwanych projektów. Każda branża ma swoją specyfikę i jedynie optymalizacja ścieżki projektowej gwarantuje wysoką jakość realizowanych zamówień. Poniżej przedstawiamy przykładowy schemat projektu wzorowany na procedurach obowiązujących w VIVALANG:

  • Kierownik projektu selekcjonuje tłumaczy, weryfikatorów oraz optymalne narzędzia pracy (w tym m.in. nowoczesne programy CAT, QA, programy graficzne)
  • Tłumacz otrzymuje pliki wraz z bazą TM, niezbędnymi materiałami referencyjnymi, glosariuszem, poradnikiem stylistycznym, poprzednimi tłumaczeniami Klienta itp.
  • Tłumacz odsyła gotowe tłumaczenie do kierownika projektu
  • Kierownik projektu przekazuje otrzymane tłumaczenie wraz z bazą TM, materiałami referencyjnymi, glosariuszem, poprzednimi tłumaczeniami Klienta oraz arkuszem QA do weryfikatora (redaktora)
  • Weryfikator wykonuje redakcję tłumaczenia w oparciu o otrzymane materiały, arkusz QA oraz wytyczne klienta, a następnie odsyła gotowy projekt do kierownika projektu
  • Kierownik projektu otrzymuje zweryfikowane tłumaczenie wraz z wypełnionym arkuszem QA i przekazuje je do Quality Managera
  • Quality Manager akceptuje zgodność jakości tłumaczenia z procedurami zarządzania jakością tłumaczeń
  • Gotowe tłumaczenie przekazywane jest Klientowi.



3. Baza TM i spójność terminologiczna

Realizacja projektów tłumaczeniowych z danej dziedziny (np. prawo i finanse) pozwala na sukcesywne rozbudowywanie pamięci tłumaczeń, czyli baz TM (Translation Memory). Oznacza to, że każde przetłumaczone zdanie wraz z tekstem źródłowym trafia do bazy danych TM i zostaje w niej zarchiwizowane. Przy kolejnym tłumaczeniu dla tego samego klienta, jeśli tłumacz natrafi w tekście na to samo zdanie, może skorzystać z podpowiedzi, jaką oferuje mu program. Dzięki temu bazy TM gwarantują spójność terminologiczną w obrębie wszystkich tłumaczeń wykonanych dla danego klienta.


4. Glosariusze terminologiczne

Glosariusze terminologiczne to bazy danych z określonej dziedziny (np. prawo i finanse) zawierające dwujęzyczne wpisy w postaci terminu źródłowego + tłumaczenia + kontekstu. Są one nieodzownym narzędziem pracy dla każdego Działu Tłumaczeń Pisemnych. Są również bardzo przydatne, gdy tłumaczenie tekstu wykonywane jest przez zespół tłumaczy - gwarantują bowiem stosowanie spójnej i fachowej terminologii przez wszystkich tłumaczy biorących udział w projekcie.


5. Polityka poufności

Firmy z wybranych branż, w tym w szczególności podmioty z sektora finansowego, przywiązują szczególną wagę do polityki poufności. Nie bez znaczenia jest zatem doświadczenie biura tłumaczeń w sprawnej obsłudze oprogramowania szyfrującego dane oraz sukcesywne podwyższanie standardów zachowania poufności zgodnie z oczekiwaniami klienta.


6. Wysoka jakość obsługi klienta i sprawna komunikacja

Możliwość poznania oczekiwań dot. obsługi klienta z danej branży pozwala na optymalizację standardów jakości obsługi klienta zgodnie z oczekiwaniami klienta z danej branży. Ważne jest przy tym również doświadczenie biura w zarządzaniu Działem Obsługi Klienta, tak aby komunikacja między biurem a wieloma oddziałami danego klienta przebiegała niezawodnie..


7. Wysoka jakość tłumaczeń

Specjalizacja w danej dziedzinie jest również – a może nawet przede wszystkim – gwarancją wysokiej jakości tłumaczeń. Otóż, zaangażowanie stałego zespołu tłumaczy weryfikatorów i Quality Managerów, pracujących w oparciu o bazy TM (pamięci tłumaczeń), glosariusze terminologiczne oraz ustaloną ścieżkę projektu daje 100% gwarancję tłumaczeń wolnych od błędów.


8. Oprogramowanie CAT

Firmy z różnych branż mogą mieć różne preferencje co do rodzaju i wersji oprogramowania wykorzystywanego przez biuro. Może to dotyczyć zarówno programów służących do edycji, nowoczesnych programów CAT (np. Trados, Wordfast, MemoQ), jak i aplikacji QA (Quality Assurance) do podnoszenia jakości tłumaczeń. Warto przy tym wspomnieć, iż brak kompatybilności między wersjami używanego oprogramowania może prowadzić do niechcianych usterek w plikach z tłumaczeniem, a tym samym do negatywnej oceny całego projektu.


9. Wysoka jakość obróbki graficznej i DTP

Obsługa klientów z danej branży (np. branży przemysłowej) wymaga od biura doświadczenia w obróbce graficznej i DTP. Projekty techniczne są z reguły wręcz„naszpikowane” tabelami, rysunkami i grafiką. Realizacja projektów technicznych, podobnych pod względem stopnia skomplikowania obróbki graficznej (post-translation formatting, DTP), daje gwarancję wysokiej jakości materiałów graficznych również w gotowym tłumaczeniu.


10. Procedury zarządzania jakością tłumaczeń

Ustalone procedury zarządzania jakością pozwalają dostosowywać jakość tłumaczenia do wybranej usługi i oczekiwań klienta. Jedną z cech charakterystycznych np. dla podmiotów z sektora finansowego jest zero tolerancji dla błędów w tłumaczeniu. Dlatego specjalizacja w danej dziedzinie i obsługa podobnych projektów pozwala na dopracowanie procedur zarządzania jakością tłumaczeń, tak aby klient otrzymał tłumaczenia całkowicie wolne od błędów i zgodne z jego oczekiwaniami.


poniedziałek, 1 lutego 2010

Gdzie jest kabina i dlaczego jej nie ma?
w dziale Porady podpowiadamy, o czym warto pamiętać planując międzynarodową konferencję

Na chwilę przed początkiem wiosennego sezonu konferencyjnego podpowiadamy, o czym warto pamiętać przy planowaniu międzynarodowej konferencji z udziałem tłumaczy. Podejmując współpracę z profesjonalnym biurem tłumaczeń specjalizującym się w obsłudze konferencji, zawsze można liczyć na fachowe doradztwo i dbałość o szczegóły na etapie realizacji. Warto jednak wiedzieć, na co zwrócić uwagę, jakie informacje należy przekazać i czego we współpracy z biurem nie może zabraknąć.


Planowanie przede wszystkim

Pamiętajmy, aby planować i aby przewidzieć udział tłumaczy podczas międzynarodowego spotkania. Warto odpowiednio wcześniej zwrócić się do biura tłumaczeń, nawet gdy nie znamy wszystkich szczegółów organizacyjnych. Nawet w przypadku zmian w programie, języków konferencji, liczby gości i potrzebnego sprzętu – biuro może (i powinno!) reagować elastycznie.


Trafny wybór usługi

To w zasadzie pierwszy etap przygotowań i tylko z pozoru może wydawać się banalny. Omówmy z biurem formułę spotkania, nasze oczekiwania i wyobrażenia o pracy tłumaczy, aby upewnić się, czy będąc „stuprocentowo zdecydowanym” na konkretną usługę na pewno rozumiemy, co się kryje pod jej nazwą. Zazwyczaj w przypadku konferencji międzynarodowych i spotkań z wykorzystaniem kilku języków korzysta się z tłumaczenia symultanicznego i jedynie dodatkowo lub w wyjątkowych sytuacjach z tłumaczenia konsekutywnego.


Języki konferencji i możliwe kombinacje językowe

Poinformujmy biuro tłumaczeń, jakie przewidziano języki konferencji i możliwe kombinacje językowe. W przypadku wielojęzycznych konferencji tłumacze pracują w tzw. systemie relay, który oprócz doskonałej współpracy pomiędzy zespołami tłumaczy, wymaga odpowiedniego przygotowania technicznego. Warto przekazać informację na temat języków, w jakich będą mówić poszczególni prelegenci.


Program spotkania, nazwiska prelegentów, materiały konferencyjne

Zawsze pamiętajmy o przekazaniu kierownikowi projektu z biura tłumaczeń programu spotkania oraz wszelkich materiałów konferencyjnych tj. skrótów wystąpień i przemówień, prezentacji Power Point oraz nazwisk prelegentów. Te ostatnie są szczególnie ważne – przekręcenie nazwiska ważnych gości to zawsze faux pas niezależnie od rangi spotkania. Warto pamiętać także, że praca profesjonalnych tłumaczy (nawet tych specjalizujących się w danej dziedzinie) nie zaczyna się w kabinie, ale dużo wcześniej w postaci przygotowania merytorycznego i językowego do obsługiwanego wydarzenia.


Warunki techniczne, wielkość i układ sali, montaż sprzętu

Tłumaczenie symultaniczne zawsze wiąże się z koniecznością wykorzystania odpowiedniego sprzętu. Doświadczone w obsłudze konferencji biuro tłumaczeń powinno służyć fachowym doradztwem w zakresie technicznej obsługi wydarzenia, a nawet znać układ sal i warunki techniczne w popularnych obiektach konferencyjnych. Jeśli nie - zawsze możemy poprosić o wizytację sali przez pracownika biura oraz omówienie szczegółów bezpośrednio z pracownikiem obiektu konferencyjnego. Czasami wystarczy przekazanie planu sali wraz z przewidzianym ustawieniem podczas spotkania (w tym z zaznaczeniem miejsca montażu kabin). Pamiętajmy także, że oprócz miejsca na sprzęt, musimy zaplanować czas na jego montaż i ustalić z obiektem konferencyjnym możliwość wcześniejszego udostępnienia sali.